Kim jest Bart D. Ehrman – autor książki “Przeinaczanie Jezusa – Kto i dlaczego zmieniał Biblię”

Myślę, że warto przeczytać co pisze o sobie człowiek, który napisał książkę pt. “Przeinaczanie Jezusa – Kto i dlaczego zmieniał Biblię”. Nazywa się Bart D. Ehrman. Czasem będę się na tę książkę powoływać w ważnych artykułach, bo przeczytałem ją i znalazłem w niej wiele użytecznych informacji. Przeczytajcie i sami oceńcie, czy ten człowiek jest  wiarygodnym źródłem informacji, czy może należy go zaliczyć do nałókofców typu “Fomienko i Nosowski” – autorów nowej chronologii. Poniżej zamieszczam niecały wstęp jego książki, w którym on sam pisze swoją autobiografię.

Pamiętajmy, że korzystam z jego dorobku intelektualnego, ale to nie oznacza, że muszę dojść do tych samych wniosków co on. Bo on nie zdaje sobie sprawy z satanizmu Pawła i Łukasza, a w efekcie jego poznanie doprowadziło go do agnostycyzmu. Twierdzi, że nigdy nie pozna prawdy…, bo się nie da. No cóż, jak ktoś czyta samą Biblię i nie patrzy jednocześnie Szatanowi na ręce, to na pewno prawdy nie znajdzie… A więc zachęcam do przeczytania… Oddajmy mu głos.

WPROWADZENIE

Napisałem bardzo wiele książek, ale to tę właśnie nosiłem w myślach przez ponad trzydzieści ostatnich lat, odkąd jeszcze jako nastolatek rozpocząłem studia nad Nowym Testamentem. Ponieważ temat ten towarzyszył mi przez tak długi czas, myślę, że powinienem zacząć od osobistego wyznania, dlaczego to on właśnie był—i wciąż jest — tak dla mnie ważny.

Książka ta opowiada o starożytnych manuskryptach Nowego Testamentu, o występujących między nimi różnicach oraz o kopistach, którzy przepisywali składające się nań teksty i czasem je zmieniali. Na pierwszy rzut oka trudno dostrzec w tym klucz do czyjejś autobiografii, ale jednak nim jest; cóż, na takie sprawy człowiek ma czasem niewielki wpływ.

Żeby wyjaśnić, w jaki sposób i dlaczego rękopisy Nowego Testamentu zaważymy na moim życiu emocjonalnym i intelektualnym, na pojmowaniu siebie i świata, w którym żyję, a wreszcie na rozumieniu Boga i Biblii, muszę chyba najpierw opowiedzieć kilka słów o mojej edukacji. Urodziłem się w połowie lat pięćdziesiątych, w samym sercu Ameryki, w raczej konserwatywnym środowisku. Wychowanie odebrałem dość typowe. Byliśmy zupełnie normalną pięcioosobową rodziną i choć regularnie chodziliśmy do kościoła, nie byliśmy szczególnie religijni. Kiedy byłem w piątej klasie, zaczęliśmy uczęszczać do prowadzonego przez pewnego bardzo mądrego pastora Kościoła episkopalnego w Lawrence (w stanie Kansas). Pastor ów był jednocześnie naszym sąsiadem, jego syn zaś został jednym z moich bliższych kolegów (w szkole średniej wspólnie wpadliśmy zresztą kiedyś w tarapaty — poszło o palenie cygar). Jak wiele innych Kościołów episkopalnych, nasz też był społecznie zaangażowany i społecznie poważany. Liturgia kościelna była tu traktowaną z powagą, a Pismo stanowiło jej część, jednak nie wyolbrzymiano roli Biblii nadmiernie — po prostu na równi z kościelną tradycją i ustalonymi zwyczajami uchodziła za jeden z przewodników dla ludzi wierzących i praktykujących. Właściwie nie mówiliśmy wiele o Księdze i nie czytywaliśmy jej zbyt często, nawet podczas niedzielnej katechezy, która skupiała się raczej na sprawach bardziej praktycznych i powszednich. W moim domu jednak Pismo zajmowało miejsce szczególne, zwłaszcza dla mamy, która od czasu do czasu odczytywała nam jakiś fragment, żeby upewnić się, czy rozumiemy sens przytaczanych przypowieści i moralne pouczenia w nich zawarte (kwestie doktrynalne pozostawały raczej na drugim planie). Mam wrażenie, że aż do czasów szkoły średniej ja sam patrzyłem na Biblię bardziej jak na jakąś tajemną księgę, która ma oczywiście olbrzymie znaczenie w sferze wiary, lecz z pewnością nie wymaga poznania ani zrozumienia. Pismo otoczone było dla mnie zatem atmosferą starożytnej powagi i jakoś wiązało się z Bogiem, Kościołem i religią, jednak nie odczuwałem potrzeby, aby samemu je czytać, ani tym bardziej zgłębiać. Wszystko zmieniło się radykalnie, kiedy byłem w drugiej klasie. Właśnie wówczas, znalazłszy się w otoczeniu zupełnie odmiennym od tego, z czym dotychczas stykałem się w rodzinnym kościele, doznałem „duchowego odrodzenia”. Byłem wtedy typowym, trochę zwariowanym nastolatkiem — uczyłem się dobrze, lubiłem sport, choć nie miałem żadnych szczególnych osiągnięć, lubiłem też towarzystwo, acz nie należałem do szkolnej elity. Pamiętam, że w tym okresie odczuwałem wewnętrzną pustkę, której nic nie zdołało wypełnić — ani balangi z kolegami (zdarzało się już nam ostro popić na imprezach), ani randki (właśnie otwierało się przede mną misterium tremendum seksu) czy szkoła (sporo się uczyłem i choć szło mi nienajgorzej, prymusem nie byłem), ani wreszcie praca (zarabiałem jako komiwojażer w firmie rozprowadzającej produkty dła niewidomych) czy Kościół (byłem akolitą i to raczej mocno wierzącym, zważywszy, że niełatwo pojawić się w kościele w niedzielę rano po tym, co zwykle człowiek robił w sobotni wieczór), Dziś już wiem, że to dość typowe dla nastolatków poczucie osamotnienia, ale wówczas oczywiście nie rozumiałem, że to po prostu element dojrzewania—byłem przekonany, że naprawdę czegoś mi brak.

Właśnie wtedy zacząłem uczęszczać na spotkania klubu Campus Life Youth for Christ, które odbywały się w domach moich rówieśników. Pierwsze spotkanie, na jakim się pojawiłem, było połączone z imprezą w ogrodzie u pewnego bardzo lubianego przez wszystkich chłopaka, więc pomyślałem, że i sam klub to może być fajna sprawa. Przywódcą naszej grupy był Bruce, dwudziestoparolatek, który takimi rzeczami zajmował się zawodowo — organizował lokalne kluby Youth for Christ i namawiał młodych ludzi, by „odrodzili się w Chrystusie”, oraz nakłaniał nas do dogłębnego studiowania Biblii, spotkań modlitewnych i różnych takich. Bruce był niezaprzeczalnie ujmującym człowiekiem. Młodszy od naszych rodziców, ale starszy i bardziej doświadczony od nas, przynosił to potężnie przesłanie, że wewnętrzna pustka, jaką odczuwamy (ą byliśmy nastolatkami i każdy z nas czuł coś takiego!), wynika z nieobecności Jezusa w naszych sercach, ale wystarczy tylko, że zaprosimy Chrystusa, on przyjdzie i wypełni nas radością i szczęściem, których doświadczyć mogą tylko „zbawieni”. Bruce w każdej sytuacji potrafił z pamięci cytować Biblię, było to aż nieprawdopodobne. Brzmiał w tym zresztą w pełni przekonująco, przynajmniej dla mnie, zwłaszcza, że czułem wielki szacunek do Pisma, właściwie go nie znając. W dodatku było to coś zupełnie innego niż wszystko, co przeżywałem w kościele, gdzie stary, utrwalony rytuał zaspokajał raczej potrzeby ludzi dojrzałych, okrzepłych w wierze, a nie młodzieży, która potrzebuje przecież i rozrywki, i przygody ta przy tym Jak ja wówczas, odczuwa wewnętrzną pustkę).

No, ale skróćmy tę i tak niezbyt rozbudowaną opowieść:

ostatecznie zaprzyjaźniłem się z Bruce’em, przyjąłem jego orędzie o zbawieniu, zaprosiłem Jezusa do swego serca i przeżyłem bona fide „odrodzenie w Chrystusie”. Choć moje fizyczne narodziny miały miejsce zaledwie przed piętnastoma laty, stało się to dla mnie zupełnie nowym, niezwykłym przeżyciem i dzięki niemu wkroczyłem na drogę wiary; drogę poprzez setki niesamowitych “zakrętów i wiraży po pewnym czasie “doprowadziła mnie do martwego punktu. Właśnie wtedy jednak odnalazłem ścieżkę, po której wędruję już od z górą trzydziestu lat. Bruce od czasu „ponownego odrodzenia w Chrystusie”, uważał siebie za „prawdziwego” chrześcijanina — w przeciwieństwie do tych, którzy tylko z nawyku chadzają do kościoła, lecz Chrystus nie mieszka w ich sercu, przez co niewiele z wiary rozumieją) Dla nas sposobem na odróżnienie się od innych ludzi było poświęcenie się niemal bez reszty modlitwie i zgłębianiu Biblii — zwłaszcza temu drugiemu. Bruce jako absolwent Moody Bibie Institute w Chicago był znawcą Pisma. Z pamięci cytując Biblię, potrafił odpowiedzieć na każde pytanie, jakie tylko nam przyszło do głowy (choć przyznać trzeba, że zbyt wiele ich nie przychodziło). Szybko pozazdrościłem mu tej umiejętności i sam zacząłem zagłębiać się w studia nad Pismem, uważnie czytałem niektóre fragmenty, rozważałem ich znaczenie i starałem się zapamiętać najważniejsze wersety Bruce przekonał mnie, że powinienem zostać „prawdziwym” chrześcijaninem i oddać się wierze bez reszty. Oznaczało to podjęcie studiów biblijnych w pełnym wymiarze w Moody Bibie Institute, co pociągało za sobą, między innymi, radykalną zmianę trybu życia. W Moody obowiązywała „reguła moralna”, którą każdy student musiał zaakceptować — nie wolno było pić alkoholu, palić, tańczyć, grać w karty, oglądać filmów. Za to Biblia na okrągło. Krążyło wśród nas powiedzenie: „Biblia to twoje drugie imię”. Wtedy chyba patrzyłem na to jak na chrześcijański survival. W każdym razie postanowiłem, że w kwestii wiary półśrodki mnie nie satysfakcjonują — zgłosiłem się do Moody Bibie Institute, zdałem egzaminy i jesienią 1973 roku byłem już na miejscu.

Pobyt w Instytucie stanowił dla mnie okres bardzo intensywnych studiów. Wybrałem specjalizację z teologii biblijnej, co pociągało za sobą konieczność uczęszczania na wykłady z biblistyki i teologii systematycznej. W nauczaniu obowiązywał tylko jeden słuszny punkt widzenia powielany przez wszystkich wykładowców (którzy musieli podpisać stosowne oświadczenie) i wszystkich studentów (też musieliśmy podpisywać) — Biblia Jest nieomylnym Słowem Bożym; nie ma w niej błędów; jest natchniona w całości i natchnione jest każde słowo. Na wszystkich wykładach, na jakie chodziłem, nauczanie prowadzone było z tej perspektywy, a wszelkie inne przekonania uznawano za błędne, a nawet heretyckie.

Pewnie można by to określić mianem prania mózgów, dla mnie jednak był to olbrzymi przeskok od cukierkowego rozumienia Pisma, gdy byłem nastoletnią owieczką Kościoła episkopalnego. Teraz było to prawdziwe chrześcijaństwo, znane wyłącznie ludziom oddanym Bogu bez reszty. Istniał jednak dość poważny problem, związany z twierdzeniem, że Biblia jest natchniona „werbalnie” — co oznacza, że natchnione jest każde jej słowo. W Moody już na jednym z pierwszych obowiązkowych wykładów dowiedzieliśmy się, że nie dysponujemy oryginałami ksiąg nowotestamentowych. Jedyne, co mamy to ich kopie, sporządzone po latach, a w większości przypadków nawet po dziesiątkach lub setkach łat. Co więcej, żadna z tych kopii nie jest w pełni dokładna, ponieważ ludzie, którzy naszą Świętą Księgę przepisywali, nieumyślnie (a czasem celowo) zmieniali ją w niektórych miejscach. Każdy kopista tak robił. Więc właściwie zamiast natchnionych słów autografu (czyli oryginału) Biblii posiadamy jedynie rojące się od błędów kopie autografu. Zatem (1) wiemy, iż oryginały Ewangelii były natchnione i (2) nie dysponujemy nimi. Dowiedzieć się, jak brzmiały, stało się dla mnie zadaniem podstawowym i długo nie mogłem pojąć, czemu wielu moich kolegów w Moody w ogóle nie uważało, by pytanie to było szczególnie istotne ani nawet interesujące. Zadowalało ich przekonanie, że same autografy zostały natchnione, i to im najwyraźniej wystarczyło, by nie martwić się, że nie przetrwały do naszych czasów. Dla mnie jednak problem był palący. Przecież to właśnie słowa Pisma zostały natchnione przez Boga. Jeśli chcemy wiedzieć, co tak naprawdę Pan chciał nam przekazać, musimy się koniecznie dowiedzieć, jak brzmiały. Wszak jeżeli te właśnie słowa były jego słowami, a my znamy jakieś inne (zmienione nieumyślnie czy też umyślnie przez skrybów/ kopistów), nic nam to nie daje. Chcemy znać Słowo Boże! Z tego właśnie powodu już w wieku osiemnastu lat niemal bez reszty poświęciłem się manuskryptom Nowego Testamentu. W Moody opanowałem podstawy dyscypliny, która zwie się krytyką tekstu—to techniczny termin na określenie dziedziny biblistyki, zajmującej się rekonstrukcją „oryginalnej” treści Pisma na podstawie manuskryptów, w których nam ją przekazano i w których ulegała ona zmianie. Nie byłem jednak jeszcze przygotowany, aby w pełni poświęcić się takim studiom. Wpierw musiałem nauczyć się greki (czyli języka, w którym napisano Nowy Testament), a także i innych starożytnych języków, jak choćby hebrajskiego (język również chrześcijańskiego wszak Starego Testamentu), łaciny, nie wspominając o nowożytnych językach europejskich, przede wszystkim niemieckim i francuskim, co było niezbędne, by móc czytać prace uczonych piszących na interesujący mnie temat. Czekała mnie zatem długa droga. Trzyletnie studia w Moody ukończyłem z dobrymi wynikami i poważnie zastanawiałem się, czy nie zostać chrześcijańskim uczonym. Wówczas byłem przekonany że pośród ewangelików jest wielu ludzi świetnie wykształconych, ale raczej niewielu przedstawicieli tego wyznania znaleźć można pośród (świeckich) dobrze wykształconych naukowców, dlatego chciałem się stać tubą mojego Kościoła w laickim świecie i zdobyć edukację, która dałaby mi możliwość nauczania w świeckich instytucjach, nie zmuszając do wyrzeczenia się prawd wiary. Wpierw jednak musiałem uzyskać stopień licencjacki, zdecydowałem się więc zdawać do najlepszego ewangelikalnego college’u. Postawiłem na położony na przedmieściach Chicago Wheaton College. W Moody ostrzeżono mnie jednak, że nie znajdę tam prawdziwych chrześcijan. (To dobrze ilustruje, jak ortodoksyjne było środowisko Moody Institute; przecież Wheaton College dostępny jest tylko dla ewangelików, a jednym z jego wychowanków był sam Billy Graham1). Istotnie, z początku rzeczywiście college wydawał mi się nieco zbyt wolnomyślicielski. Studenci dyskutowali raczej o literaturze, historii i filozofii niż o werbalnym natchnieniu Pisma. Nawet jeśli spoglądali na te kwestie z chrześcijańskiej perspektywy, miałem wrażenie, iż nie bardzo rozumieli, co naprawdę się liczy. W Wheaton wybrałem specjalizację z literatury angielskiej, ponieważ zawsze lubiłem czytać i rozumiałem też, że aby zdobyć pozycję w środowisku naukowym, muszę dysponować wiedzą również z innych dyscyplin, nie tylko biblistyki. Postanowiłem także poświęcić się nauce greki. Podczas pierwszego semestru studiów w Wheaton poznałem doktora Geralda HawthorneJa, wykładowcę greki, który wywarł na mnie spory wpływ jako uczony i pedagog, a z czasem stał się również moim przyjacielem. Podobnie jak większość profesorów w Wheaton, Hawthorne był żarliwym ewangelikiem, ale nie wahał się stawiać swojej wierze pytań. Wówczas traktowałem to jako oznakę słabej wiary (ja nie miałem najmniejszych wątpliwości, że znam niemal wszystkie odpowiedzi na jego pytania), lecz z czasem dostrzegłem w jego postawie przejaw autentycznego poszukiwania prawdy i gotowości do rewidowania własnych poglądów w świetle nabywanej wiedzy i doświadczeń życiowych. Nauka greki miała dla mnie bardzo ważne konsekwencje. Okazało się, że nie mam trudności z przyswojeniem sobie podstaw języka i ze sporym zapałem postępowałem naprzód. Problem w tym, iż postępy w grece nieco zmąciły moje rozumienie Pisma, ponieważ szybko rozumiałem, że Nowy Testament trzeba czytać i studiować wyłącznie w języku oryginału, bo tylko to pozwala w pełni zrozumieć znaczenie tekstu i uchwycić wszelkie niuanse (później, gdy nauczyłem się hebrajskiego, uznałem, że to samo dotyczy także Starego Testamentu). Z jednej strony pomyślałem, że to kolejny dobry powód, żeby solidnie uczyć się greki. Ale jednocześnie zmusiło mnie to do ponownego przemyślenia koncepcji Biblii jako literalnie natchnionego Słowa Bożego. Jeśli bowiem Pismo można zrozumieć w pełni tylko wtedy, kiedy czyta się je w oryginale, jasno z tego wynika, że większość chrześcijan, która wszak nie zna żadnego z języków starożytnych, nigdy nie pojmie w pełni tego, co Bóg chciał im przekazać. Wobec tego doktryna natchnienia ma sens wyłącznie dla wąskiej grupy badaczy, którzy mają intelektualne możliwości i warunki, by studiować teksty oryginalne! Cóż bowiem z tego, że mówimy, iż słowa Pisma są natchnione, skoro większość ludzi nie może się z nimi zapoznać, a zna tylko mniej lub bardziej udane przekłady —obojętne, na angielski czy polski, które w istocie rzeczy niewiele mają wspólnego z oryginalnymi Słowem Bożym? Moje dylematy niepokoiły mnie jeszcze bardziej, kiedy rozważałem kwestie manuskryptów, w których przechowało się Pismo. Im lepiej znałem grekę, tym bardziej interesowały mnie zarówno manuskrypty, dzięki którym tekst Nowego Testamentu zachował się do naszych czasów, jak i dziedzina krytyki tekstu, czyli dyscyplina pomocna w rekonstrukcji autentycznej treści Nowego Testamentu. Nieustannie nurtowało mnie podstawowe pytanie: cóż z tego, że Biblia stanowi nieomylne Słowo Boże, skoro tak naprawdę nie znamy owych nieomylnych, natchnionych Słów, a tylko słowa przepisywane przez kopistów — czasami poprawnie, ale bywa też (i to bardzo często!) błędnie? Te wątpliwości nie dawały mi spokoju, zmuszając jednocześnie do dalszych poszukiwań, wiodących do zrozumienia, czym naprawdę jest Biblia. Po dwóch latach ukończyłem Wheaton College i postanowiłem, zachęcony przez profesora Hawthorne’a, poświęcić się krytyce tekstu, czyli badaniu tradycji rękopiśmiennej Nowego Testamentu. W tym celu podjąłem dalsze studia pod kierunkiem wykładowcy Princeton Theological Seminary, Bruce’a M. Metzgera, najwybitniejszego na świecie eksperta w tej dziedzinie. Moi ewangelikami przyjaciele ostrzegali mnie także przed Princeton Seminary, uprzedzając, że trudno tu znaleźć choć jednego „prawdziwego” chrześcijanina. Było to przecież seminarium dla prezbiterian, ci zaś stanowią niezbyt odpowiednie środowisko dla człowieka „odrodzonego w Chrystusie”3. Jednak czas poświęcony poznawaniu literatury angielskiej, filozofii i historii — nie wspominając o grece — znacznie poszerzył moje horyzonty myślowe, i teraz kierowała mną autentyczna żądza wiedzy, i to wiedzy wszelakiej, zarówno świeckiej, jak i duchowej. Byłem gotów przestać identyfikować się z „odrodzonymi w Chrystusie”, jeśli tylko poszukiwanie „prawdy” będzie tego wymagało. Podążając za wiedzą, gotów byłem iść wszędzie, dokąd zaprowadzi mnie droga, doszedłem bowiem do wniosku, że nie mogę odrzucić jakiegoś przekonania jako fałszywego tylko dlatego, że nie mieści się ono w poszufladkowanej wizji świata, jaką dało mi dotychczas zdobyte ewangelickie wykształcenie. Od razu po przyjeździe do Princeton Theological Seminary zapisałem się na zajęcia z egzegezy (czyli interpretacji) tekstu hebrajskiego i greckiego dla pierwszego roku i upchnąłem w moim planie tyle godzin wykładów, ile się dało. Wszystkie zajęcia stanowiły wyzwanie zarówno pod względem intelektualnym, jak i osobistym. Wyzwania intelektualne podejmowałem chętnie, ale wyzwania osobiste, przed jakimi raptem stanąłem, okazały się poważną emocjonalną próbą. Jak wspomniałem, jeszcze w Wheaton zacząłem kwestionować podstawowe aspekty pojmowania Biblii jako nieomylnego Słowa Bożego. Za sprawą dogłębnych studiów w Princeton jeszcze trudniej było mi bronić takich poglądów, mimo to jednak twardo opierałem się przed zmianą światopoglądu (poznałem zresztą wiele osób, które, podobnie jak ja, wyrosły z tradycyjnych ewangelickich szkół i wciąż starały się „wiarę uchować”, co z perspektywy czasu brzmi dość śmiesznie, biorąc pod uwagę, że w końcu byliśmy studentami teologii chrześcijańskiej). Jednak studia zaczęły na mnie działać coraz mocniej, Przełomowy moment nadszedł na drugim semestrze, kiedy uczęszczałem na zajęcia do powszechnie szanowanego i wielce pobożnego profesora Cullena Story. Przedmiotem zajęć była egzegeza Ewangelii według Marka, wówczas—a i nadal—mojej ulubionej ewangelii. Studenci musieli czytać Marka wyłącznie w grece (wykułem na pamięć wszystkie greckie słówka z tej Ewangelii na tydzień przed rozpoczęciem zajęć), mieliśmy także prowadzić notatnik egzegetyczny z własnymi przemyśleniami, obejmującymi interpretację najważniejszych fragmentów. Potem dyskutowaliśmy na temat problemów z interpretacją tekstu, a na koniec semestru musieliśmy napisać “pracę zaliczeniową poświęconą egzegezie wybranego fragmentu. Zdecydowałem się na fragment z drugiego rozdziału Marka, gdzie faryzeusze toczą spór z Jezusem, którego uczniowie, przechodząc przez pole, zjedli w szabat trochę ziaren z kłosów. Jezus chce wykazać faryzeuszom, że „szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu” i przypomina im, co uczynił wielki król Dawid, kiedy on i jego towarzysze byli głodni: „za Abiatara, najwyższego kapłana”4 weszli do Świątyni i zjedli chleb pokładny, który mógł jeść tylko kapłan. Z tym ustępem wiąże się znany problem, bo gdy ktoś przyjrzy się fragmentowi Starego Testamentu, który przytacza Jezus (1 Sm 21,1-6), natychmiast zauważy, że opisany czyn Dawida miał miejsce, nie kiedy najwyższym kapłanem był Abiatar, ale gdy był nim jego ojciec, Achimelek. Innymi słowy to jeden z fragmentów pokazujących, że Biblia bynajmniej nie jest nieomylna, lecz zawiera błędy. W mojej pracy semestralnej dla profesora Story przedstawiłem długi i skomplikowany dowód, który miał wykazać, że chociaż Marek pisze, iż zdarzenie owo miało miejsce „za Abiatara, najwyższego kapłana” nie znaczy to dokładnie, że naczelnym kapłanem był wtedy Abiatar, ale iż wydarzenie to opisano w tym miejscu Pisma, gdzie Abiatar pojawia się jako główna postać narracji. Mój dowód, bardzo zresztą skomplikowany, oparłem na dwuznaczności występującego w tekście greckiego słowa. Byłem przekonany, że profesor doceni moje rozumowanie, gdyż wiedziałem, że jest porządnym chrześcijańskim uczonym, któremu —jak i mnie — nigdy nie przyszłoby do głowy pomyśleć, że w Biblii może być błąd. Tymczasem profesor na końcu mojej pracy napisał krótki komentarz, jedno tylko zdanie, które z jakiegoś powodu mocno mną poruszyło: „Może Marek po prostu się pomylił?”. Zacząłem się zastanawiać nad tym, rozważając raz jeszcze wszystko, co napisałem, i uzmysłowiłem sobie, że choć w uporanie się z tym problemem włożyłem mnóstwo przemyślnej egzegetycznej ekwilibrystyki i tak użyta argumentacja była mocno naciągana. W końcu doszedłem do podobnego wniosku. „Hm… może Marek faktycznie się pomylił” — pomyślałem. JA skoro już raz dopuściłem taką możliwość, tamy puściły. Jeśli bowiem w rozdziale drugim Marka może być jeden, choćby niewielki błąd, mogą się one pojawić również w innych miejscach. Jeżeli Jezus w rozdziale czwartym Marka mówi, że ziarnko gorczyczne jest „najmniejsze ze wszystkich ziaren na ziemi”, to może nie muszę wymyślać niewiarygodnych objaśnień, żeby dowieść, że ziarnko gorczycy jest najmniejsze, skoro doskonale wiem, iż wcale najmniejsze nie jest. A może błędy dotyczą także ważniejszych kwestii? Jeśli Marek pisze, że Jezus został ukrzyżowany w dzień, kiedy jedzono wieczerzę paschalną (Mk 14,12; 15,25), a Jan twierdzi, że umarł dzień wcześniej — to może jest to autentyczna sprzeczność. Albo kiedy w swej relacji o narodzinach Jezusa Łukasz twierdzi, że Maryja z Józefem wrócili do Nazaretu w miesiąc po przybyciu do Betlejem (i dokonali obrzędu oczyszczenia: Łk 2,39), podczas gdy Mateusz informuje, że oboje uciekli do Egiptu (Mt 2,19-22)—może i tu ewangeliści sobie przeczą. Kiedy zaś Paweł pisze, że po nawróceniu na drodze do Damaszku wcale nie poszedł do Jerozolimy, aby spotkać się z tymi, którzy byli apostołami przed nim (Ga 1,16-17), podczas gdy Dzieje Apostolskie mówią, że to właśnie była pierwsza rzecz, jaką był uczynił (Dz 9,26) — może i tu coś jest na rzeczy. Mniej więcej w tym samym momencie, gdy uświadomiłem sobie owe sprzeczności, starałem się uporać z innymi problematycznymi kwestiami, jakie napotykałem, zagłębiając się w studia nad zachowanymi manuskryptami Nowego Testamentu. Można twierdzić, że oryginały zostały natchnione, ale faktem jest, że nie mamy do nich wglądu, więc utrzymywanie, że są natchnione, nie na wiele się zdaje, dopóki ich nie zrekonstruujemy. Ponadto na przestrzeni całej historii Kościoła zdecydowana większość chrześcijan nie miała dostępu do oryginałów, więc z ich perspektywy kwestia natchnienia praktycznie przestaje mieć znaczenie. Na tym nie koniec. Nie tylko nie posiadamy oryginałów, nie mamy nawet pierwszych ich kopii, a szczerze mówiąc, nie posiadamy kopii kopii oryginałów, ani kopii kopii kopii ich kopii. Manuskrypt które znamy, powstały później, i to dużo później i w większości przypadków są to odpisy stworzone po setkach lat, a każdy z nich różni się od wszystkich pozostałych w tysiącach szczegółów. Jak przekonamy się w dalszych partiach tej książki, wszystkie kopie różnią się między sobą w tylu detalach, że nawet nie sposób tych różnic dokładnie zliczyć. Najłatwiej chyba zilustrować to przez porównanie: szczegółów, w których różnią się znane dziś manuskrypty, jest więcej niż słów w całym Nowym Testamencie. Te oczywistości pokazują jedynie, że skrybowie i kopiści w świecie antycznym mieli takie same problemy z ortografią, jak my mamy dzisiaj (a w dodatku nie dysponowali słownikami, nie mówiąc o procesorach tekstu z wbudowanym słownikiem). Problem, jak traktować te wszystkie różnice, jednak pozostaje. Jaki w ogóle ma sens twierdzenie, jakoby słowo po słowie w Biblii zostało natchnione przez Boga, skoro nie znamy prawdziwych słów Pisma? Jak wkrótce się przekonamy w licznych miejscach nie mamy nawet najmniejszej pewności, że tekst oryginału zrekonstruowany został poprawnie. Jak zatem pojąć Słowo Boże, skoro nie wiemy, jakie to słowo! A kiedy jeszcze uzmysłowiłem sobie, że Panu Bogu znacznie łatwiej byłoby przechować słowa Pisma niż je natchnąć, moja wiara w owo natchnienie zaczęła gwałtownie słabnąć. Przecież gdyby Pan istotnie chciał, by jego lud znał jego słowa, dałby mu je z pewnością, może nawet w języku, łatwiejszym do zrozumienia niż antyczna greka czy hebrajski. W takim zaś razie, jeśli nie znamy słów bożych, to znaczy, iż Bóg ich dla nas nie przechował. A jeśli nie dokonał cudu przechowania własnych słów, to jak uwierzyć, że uprzednio dokonał cudu ich natchnienia?!

Znów może skrócę opowieść — w pewnym momencie nauka biblijnej greki i badania nad manuskryptami Nowego Testamentu skłoniły mnie do radykalnego przewartościowania poglądu na Pismo. Była to dla mnie kolosalna przemiana. Aż do tego momentu — począwszy od „odrodzenia w Chrystusie” w szkole średniej, poprzez dni spędzone w ortodoksyjnym Moody Institute i później jeszcze w ewangelickim Wheaton — moja wiara w całości opierała się na przekonaniu, że Biblia jest w pełni natchnionym i nieomylnym Słowem Bożym. Teraz patrzyłem na Pismo inaczej. Nagle zacząłem widzieć je jako książkę bardzo ludzką. Jak kopiści będący zwykłymi ludźmi przepisywali i zmieniali tekst Pisma, tak też autorzy Biblii byli najzwyklejszymi ludźmi, którzy sami napisali to, co napisali. Od początku do końca książka ta jest dziełem człowieka, różnych ludzi, Wielu z jej autorów bez wątpienia czuło boże natchnienie, pisząc to, co pisali; niemniej wszyscy mieli indywidualne poglądy, odrębne punkty widzenia, własne wierzenia i potrzeby, własne pragnienia, odmienne sposoby widzenia świata i odmienne przekonania teologiczne, a te ich poglądy, wierzenia, punkty widzenia, potrzeby, sposoby rozumienia i przekonania teologiczne miały wpływ na wszystko, co napisali. Niemal pod każdym względem ludzie ci różnili się między sobą. A jeśli tak, oznacza to między innymi, że Marek nie napisał tego samego, co napisał Łukasz, bowiem chciał napisać coś innego niż Łukasz. Tak samo Jan różni się od Mateusza, Paweł od autora Dziejów, a Jakub od Pawła. Każdy autor był człowiekiem z krwi i kości i jego spuściznę należy czytać, zwracając uwagę na to, co miał (przyjmując, że wszyscy byli mężczyznami) do powiedzenia, bez zakładania, że napisał to samo albo coś zgodnego czy sprowadzalnego do tego, co pisał ktoś inny. Koniec końców Biblia jest dziełem człowieka! To była dla mnie zupełnie nowa perspektywa, oczywiście krańcowo różna od tej, przy której obstawałem jako ewangelik (i nie jest to oczywiście perspektywa podzielana współcześnie przez członków Kościołów ewangelikalnych). (…)

 

 

Advertisements

9 thoughts on “Kim jest Bart D. Ehrman – autor książki “Przeinaczanie Jezusa – Kto i dlaczego zmieniał Biblię”

    1. Brain Breaker Post author

      ST jest zlepkiem wielu ksiąg, różnych ksiąg różnych autorów, domyślam się, że nie wszystko jest z nim w porządku, wystarczy chociażby zrobić porównania ważnych rozdziałów i zobaczyć jakie są różnice w przekładach i jak zmienia się sens.
      Mając starsze manuskrypty i znając ich autorstwo można by prześledzić w którą stronę szło redagowanie poszczególnych ksiąg wyciągnąć wnioski. Można by zrobić to samo, co zrobił Ehrman, ale trzeba by mieć dostęp do manuskryptów i znać języki. Na pewno wiele by to wniosło.

      Tak samo, jak wiele wniosło to, co zrobił Ehrman.

      Nie wiem jak powstała Septuaginta, bo nie wierzę w legendę “72 tłumaczy w Egipcie”, którzy na zlecenie faraona (potomka upadłego anioła) dokonali przekładu.

      Ktoś dokonał przekładu i zrobił to na tyle wcześnie, że dziś widać interesujące różnice między Septuagintą a tekstem masoreckim.

      Jednak zauważ, że “NT” budowano w oparciu o “ST”.
      Jeśli przeczytasz inne wpisy, to zrozumiesz, że “NT” oparto na manipulacjach tekstem “ST” , a więc to zmienia nieco znacznie punkt widzenia.

      Like

      Reply
  1. Obalfałsz

    Wniosek jest logiczny aczkolwiek nie dla religiantów.
    Więc skoro jest manipulacja tekstem nie należy brać biblii za pismo natchnione przez Boga.Posiadamy od Boga rozum i logiczne myślenie i z tego mamy kożystać czyli jak ktoś twierdzi że biblia jest natchnionym słowem Boga a jest nielogiczne,kłamliwe i nie trzyma się nawet pod względem historycznym należy to uznać za tekst odszczepieńców i bydlaków którzy stworzyli z ludzi niewolników.
    Jak diabeł zalegalizował biblię i inne cudownie natchnione księgi?Wmówił że to pochodzi od Boga i umieścił prawo które sprawia tylko wrażenie prawa boskiego w ten sposób żeby jełopy się tym podniecali.

    Like

    Reply
    1. Brain Breaker Post author

      Uwielbiam takie ateistyczne twierdzenia. Ogólnie chciałem ci pogratulować inteligencji i rozeznania, obycia w świecie i oświecenia duchowego, które każe ci w ten sposób myśleć.
      Srały muchy będzie wiosna.

      Tego rodzaju komentarze rozgrzewają mnie do czerwoności, myślę, że jesteś głupszy niż katolicy matrixa.
      Jeśli ktoś czyta moją stronkę, a w ten sposób pisze, to co można o takiej osobie powiedzieć? Oszczędź mi bo dosyć mam głupoty wokół mnie, i tak za dużo, żeby jeszcze tutaj trafiali ludzie wyznający ateizm czyli najgłupszą religię Watykanu jaką widział świat.

      Może byś tak jako pionier swojej myśli filozoficznej odpowiedział mi na pytania, na które nie był w stanie odpowiedzieć twój kolega Maniek?
      https://theredbrainbreakerkstian.wordpress.com/2016/06/11/maniek-i-jego-wizja-rzeczywistosci-jako-przyklad-osoby-negujacej-tore/
      Załóż swojego bloga, na którym mi to wytłumaczysz, a potem pisze tego rodzaju głupoty.

      To jest logiczne kolego, że Bóg dopuścił do skażenia Biblii, bo ukrył się przed ludźmi dawno temu, ale poinformował nas, że tak się stanie, a JEDNOCZEŚNIE POINFORMOWAŁ NAS, ŻE DA SIĘ W TYM BAJZLU ODNALEŹĆ.

      Lubię się zniżać do poziomu ateistów wszelkiej maści…, uwielbiam

      Like

      Reply
    2. Brain Breaker Post author

      Tak sobie myślę, czemu tacy jak ty trafiają w ogóle na moją stronkę.
      Heheh wiadomo czemu.
      Napisałem serię artykułów o intrygującym artykule “Co Szatan zrobił z Biblią” i zlatują się tutaj hieny i sępy, bo myślą, że im udowodnię, że Boga nie ma. Tymczasem kiedy orientują się, że ja obaliłem jedynie “NT”, są zawiedzeni, ale klikają jeszcze z nudów na kilka wpisów, po czym zostawiają po sobie wielkie gówno i nie spłukaną wodę tak jak ty zrobiłeś powyżej i odchodzą.

      Najbardziej popularny artykuł na moim blogu o niebocentryzmie również przyciąga tutaj tych, co orientują się, że nie żyją na planecie ziemi, ale oni podobnie szukają tylko informacji wygodnych dla ich oczu, i zmykają, bo by musieli uwierzyć w Boga.
      Na youtubie gdzieś potem linkują moje artykuły obnażające chrześcijaństwo z dopiskiem “ale on zwariował, bo uznaje biblijnego boga jako boga”.
      Kretyni… Wszyscy zginiecie.

      Like

      Reply
  2. Obalfałsz

    Taka ciekawostka dla prowadzącego tą karawanę nonsensu religijnego.
    Nie jestem ateistą ani bezbożnikiem.
    Posługuję się rozumem i sumieniem które nie pozwala mi krzywdzić żywych stworzeń i niszczyć Ziemię.
    Moje sumienie zabrania mi okazywać szacunek dla tych którzy krzywdzą żywe stworzenia i niszczą Ziemię.
    Współczuję tobie i twojej rodzinie.Trzeba się wreszcie ogarnąć i zabrać ostro za pracę nad swoim postępowaniem.
    Zakładanie bloga nie jest mądrym sposobem.
    Bóg się nie ukrywa bo nie jest kryminalistą i nigdy nie kazał nic nikomu spisywać.
    Nie wiesz co to jest sumienie i to twój problem nad którym masz dużo pracy.
    Emanujesz złością a to oznacza że masz problem z opętaniem przez demona.
    Obrzezanie nie uwolni cie od demona ale bardziej cię z nim zwiąże.Jeśli już tak podnieca cię biblia to napisono o obrzezaniu serca czyli zdjęciu kamienia abyś pracował nad swoim sumieniem.
    Wszelkie obrzezki,chrzty,przysięgi i inne dewocja to satanizm.To łatwizna.Szeroka droga.
    Mamy się z nikim nie wiązać żadnymi przysięgami,symbolami,chrztami i obrzezkami jak arabscy odszczepieńcy i ich ofiary ze zwierząt.Demony lubią krew i zapach spalonych ofiar.
    Nie ma w tobie miłości i to chcesz przykryć obrzezaniem.
    Nieuznaję miłości do nieprzyjaciół bo to jest satanizm i tego uczy każda super święta księga.
    Twoje nauki są odbiciem twojego serca.Każdy kto ma poukładanie zauważy że masz demona bo demony brzydzą się miłości a miłość to przymiot Boga.
    Na twoim blogu nie ma miłości jest tylko nienawiść.To normalne.Służysz demonowi jak większość blogerów.
    Szukaj tego o czym nikt nie pisze.Nie szukaj tego co leży na każdej kostce brukowej co świnie depczą.

    Like

    Reply
    1. Brain Breaker Post author

      Teraz tak. Dałem ci możliwość wypowiedzenia się, aby każdy mógł zobaczyć co masz do powiedzenia.
      Natomiast nie mam przyjemności w tym aby z tobą kontynuować tę rozmowę. Wyznajesz new age. Bardzo pięknie napisałeś to, co będzie się kładło ludziom do głowy kiedy UFO (upadłe anioły) ujawnią się nam jako kosmici po 3 wojnie światowej i nastanie NWO.
      Przybij sobie piątkę z papciem, który bardzo by cię pochwalił za te słowa. On głosi to samo. https://www.youtube.com/watch?v=3-RRMXjAi-c
      New World Order, Civilisation of love, can be achieved. Jakie to piękne…
      Zatem kochajmy się już dziś w imię uniwersalnego boga kosmity, który miliardy lat temu stworzył życie na “planecie ziemi”.
      Wygląda na to, że bardzo ci będzie odpowiadała filozofia NWO.
      Papież głosi, że konieczny jest szacunek do każdej istoty ludzkiej.
      Bóg Izraela mówi co innego.

      Chcesz mnie tu łapać na moją nienawiść i oskarżać o demonizm… Marny chwyt…

      Jeśli jesteś taki pełen miłości, to w imię tej miłości bądź tak miły daj mi święty spokój, okaż swoją wielkość i szacunek wobec mnie i idź sobie stąd. Będę wdzięczny. Nie wiem czy jesteś agentem, czy naprawdę wierzysz w to co piszesz, a w jednym w drugim przypadku rozmowa z tobą jest bezcelowa. Jest w necie 100 tysięcy stron new age, każda przyjmie cię z otwartymi ramionami. A prościej będzie, jak pójdziesz prosto do watykanu (to oni stworzyli new age) podcierać dupę papieżowi.

      Like

      Reply
  3. Paweł

    O to co podaje wiki o sumieniu.

    “Sumienie – w niektórych religiach i nurtach etycznych wewnętrzne odczucie pozwalające rozróżniać dobro i zło, a także oceniać postępowanie własne i innych ludzi. Jest to zdolność pozwalająca człowiekowi ujmować swoje czyny pod kątem moralnym i odpowiednio je oceniać. Czynnikiem decydującym w przestrzeganiu tych norm jest poczucie winy, które występuje w momencie uświadomienia sobie rozbieżności między własnym postępowaniem a przyjętymi normami. Sumienie kieruje się moralnymi kryteriami oceny, zależnymi od otoczenia społecznego i wychowania człowieka.”

    Przeczytaj se gościu ostanie zdanie 3 razy to może zrozumiesz, natomiast Bóg mówi że mamy kształtować nasze sumienie poprzez poznanie.

    Piszesz też że sumienie nie pozwala ci krzywdzić żywych stworzeń, ale zajadać schabowe pewnie ci pozwala ?

    Liked by 1 person

    Reply
  4. Obalfałsz

    Do Pawła
    Tak spożywam schabowe.Trafiony zatopiony.
    Ale pracuję nad tym z żoną i będziemy zaopatrywać się tylko w plony Ziemi.Żadnych jaj też.
    Mamy przyjaciół którzy już przeszli na bezmięsną dietę i są w wyśmienitej formie fizycznej i umysłowej.

    Like

    Reply

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s